Moja wielka polska medycyna

Zwykły wpis

Chciałabym jakoś podsumować mój pierwszy rok akademicki, ale nie bardzo wiem jak. Chyba nie da się tego zrobić w jednym krótkim wpisie, ale próbować zawsze można.

Więc po wielkich trudach liceum dostałam się w końcu na medycynę. I to nie byle jaką, bo do Krakowa. Kiedy już wszystko było załatwione, papiery złożone, mieszkanie zaklepane i zaktualizowana sekcja “edukacja” na facebooku, przyszedł czas na przeczytanie planu studiów. Bo Ministerstwo postanowiło skrócić i tak najtrudniejsze studia z 6 lat, do 5. Okazało się, że w Krakowie postanowili załatwić to bez jakichkolwiek skrupułów, a więc zmieścić dwa pierwsze lata w jeden rok. A więc: anatomia i histologia (główne przedmioty na 1. roku) w jeden semestr, a biochemia i fizjologia (przedmioty z 2. roku) przez cały rok…

Pierwszy semestr to był koszmar – 4,5 miesiąca wyjęte z życia, książki non stop. Czasem łapałam się na tym, że nie miałam ochoty wstawać rano z łóżka, bo wiedziałam, że mój dzień nie będzie różnił się niczym od poprzedniego. Ale opłaciło się, zdałam anatomię za 3 podejściem i miałam dziką satysfakcję, że nigdy więcej nie będę musiała tego ruszać.

Po tej mordędze trochę odpuściłam… A biochemia i fizjologia to też nie byle co. Jednak ta sesja wyglądała trochę inaczej. Po zdanej genetyce przyszła zdana biochemia (chociaż moje humorki przed egzaminem doprowadzały mnie do szału, a gdyby mój chłopak nie był tak wyrozumiały, to pewnie kłócilibyśmy się od rana do wieczora), a po biochemii – fizjologia. I chociaż motywacja wyczerpała się na biochemii (jeszcze nigdy nie chciało mi się tak uczyć jak wtedy), to postanowiłam resztkami sił powalczyć o wolne 3 miesiące. I opłaciło się, bo 3 z fizjologii to chyba najpiękniejsze 3 w mojej karierze.

Tak więc od piątku, po raz pierwszy od roku, nic nade mną nie wisi. Nie muszę się niczym martwić przez całe 3 piękne miesiące – cudowne uczucie.

Za mną jest też pierwszy tydzień praktyk. Na początku strasznie się bałam tych wszystkich chorych ludzi. Ręką mi trzęsło we wszystkie strony, kiedy przyszło do wbijania pierwszej igły w żyłę, kłucia palca na glukozę, albo zmieniania kroplówki. Tydzień to za mało, żeby ręka przestała latać, ale już się tak nie boję i robię to trochę pewniej.

Moje wakacje zapowiadają się całkiem przyjemnie – miesiąc w szpitalu, tydzień rejsu po morzach, tydzień na kajakach, a później we wrześniu szalone, studenckie wakacje we Włoszech!

Ahoj.